Lombard Czasu

by Johnny Pope & Shorty

/
  • Immediate download of 10-track album in the high-quality format of your choice (MP3, FLAC, and more). Paying supporters also get unlimited streaming via the free Bandcamp app.

     name your price

     

1.
03:44
2.
3.
4.
5.
6.
02:31
7.
03:44
8.
03:30
9.
10.
02:50

about

Hip-hopowa kolaboracja MC i producent, odbiegająca od tradycyjnej formy pojmowania gatunku. Trip-hop, melodeklamacja, oniryzm, klimat i inne takie.

lombardczasu.agares.info

credits

released 12 December 2013

Wokal, teksty: Johnny Pope
Muzyka: Shorty
Mix/Mastering: Atmo
Grafika: Paweł Bajerski, Klaudia Manteufel
Lektor: Ryszard Łuczkiewicz

Patroni: Harem Nagrania, BANG, Rap z pomocą, Wójto Music Group, RAP JEST NASZ

tags

license

all rights reserved

feeds

feeds for this album, this artist
Track Name: Preludium
Młodzi ludzie zawsze mieli wątpliwości co do sensu życia, celów, dążeń, stawali się ofiarami rozmijania się oczekiwań świata dorosłych z możliwościami, predyspozycjami, a przede wszystkim chęciami młodych. Wyrażali to różnie – najczęściej w poezji, w muzyce, w realizacjach projektów plastycznych. Moje doświadczenia łączą się z latami sześćdziesiątymi ubiegłego stulecia – wtedy byli Beatelsi, hippisi, sopocki Non Stop z Niebesko-Czarnymi i Niemenem, z Czerwonymi Gitarami i Sewerynem Krajewskim oraz Krzysztofem Klenczonem. Gdy czytam słowa napisane teraz, już w XXI. wieku, gdy słucham ich wokalnej realizacji przez tego, który kryje się pod pseudonimem Johnny Pope (a jest to mój syn) dostrzegam te same niepokoje, te same wątpliwości, tylko ostrzej wypowiedziane, innymi słowami. Pojawiają się w nich rozterki, strach, tęsknoty, rozczarowania, bezsilność, oczekiwanie na miłość ... Jest też śmierć. Jej widmo, jej cień rozpościera się nad całym światem autora i spotyka się ze zdecydowanym odporem, bo w gruncie rzeczy pragnienie życia, dążenie do sukcesu, do szczęścia (jakkolwiek by ono było pojmowane) jest dominujące. Dla mnie to wspaniałe, że mój syn potrafi o tym wszystkim mówić, dzielić się z innymi, a zwłaszcza z tymi, którzy nie mogą - z różnych przyczyn - się wykrzyczeć. Ciekawa jest też próba lirycznej, poetyckiej retrospekcji historycznej związanej z Gdańskiem, ukochanym miastem syna. Warto posłuchać.
Track Name: Smak autopogardy
Dotykam dna, moje życie jest płytkie
dobijam targ, oksymoron to czysty biznes
sprzedam utopijny raj dla jaj,
kupisz to bo wolisz spokój niż fakt.
Pęka szkło, barman leje - z was!
Biznesplan na sprzedaż emocji.
Podduszę, potem zarobię na tracheotomii
Przyspieszam akcję serca, słyszysz je jak Doubly
Dostaniesz też zestaw, niepasujące klocki
złóż to w całość albo zrobią to fachowcy
w szpitalu wśród białych ścian, wszystkie odcienie hostii
patrzysz w lustro, wstyd ci za to, że dorosłeś
żyjesz tu, gdzie były tylko trzy kropki
tylko wyobrażenia, teraz odcienie szarości
piękne czasy z perspektywy dziewczynki lub chłopca
naprawdę jeden wielki, smutny cosplay

wybij okno, otwórz drzwi, zrób przeciąg wrażeń
dodaj pieprzu, odstaw sól, smak autopogardy
przełam wstyd, zerwij z niej suknie, patrz na jej nagość
dlaczego mówię do siebie, tłukę głową o mahoń

każą mi dorastać z roku na rok bardziej
tylko nikt nie wie co to ta dorosłość naprawdę
odpowiedzialność? Odpowiadam za swój chaos
powaga? Czasem zostaje tu na noc.
Biegnę ciągle z karabinem przy plecach
to nie moja wina, wcale nie chciałem biegać
strach przed porażką znów sparaliżował
własna presja, nie treść z telewizora
rozgraniczenie między zaletą a wadą
palący dostał cały wagon raka za darmo
za dnia tyle energii płynącej z piątą kawą
wieczorem brak snu, od rana znów to samo
Szał walk, boks jak rap, dają kontrakt za punch
traktujesz to na serio a gówniarzem jestem ja?
Piszę o ludziach, którzy nauczyli mnie pisma
lecz to ja nauczyłem się je wykorzystać

wybij okno, otwórz drzwi, zrób przeciąg wrażeń
dodaj pieprzu, odstaw sól, smak autopogardy
przełam wstyd, zerwij z niej suknie, patrz na jej nagość
dlaczego mówię do siebie, tłukę głową o mahoń
Track Name: Lombard czasu
Oddałbym gdybym mógł minuty czystych błędów
Z nimi trochę zła, smutni zobaczą w nich piękno
Fragmenty spacerów po prostej zmieniających tor decyzji
Zmiany z jestem nikim na jestem wszystkim
Kopyta spłoszonych saren zatrzymują akcję w stopklatce
Lombard zamknięty, czas oddany spowrotem w reklamacji
Nie ufam nauce ani teologii
Moje chwile, moje serce, nasz chodnik
Zdeptane gruzy sodomy i gomory
Wielu romantyków jak mickiewicz, mów mi norwid
Kupią ich czas szybko sprzedając następnym
Łatwiej kupić pustą miłością niż zawiłym sensem
Liczysz na liczby, cyfry, to i tak błąd na kuchennym zegarze
Pauza stojąc na płomiennym żarze
Sam poddaje sie karze za zmarnowane szanse
Padam o drugiej po odwiedzinach w Rosji i Finlandii

Lombard czasu ma zamknięte drzwi
Jedynie przyspieszam, spowalniam, zmieniam rytm
Nie żegnam bądź zdrów, coraz częściej daj żyć
Nie chcesz dać nic innego? To lepiej daj żyć

Styczniowa męczarnia świadomości tempa
Bieg z potknięciami, twarz w krwi, pocięta
Marzenia miały być celami i wznieść na piedestał
Zostały ze mną w pożółkłych zębach
Grobowa cisza w czasie zadumy
jako jedyna momentami daje sie lubić
Zwolnienie na chwile by przybić do podłogi
Obserwować sufit, liczyć świecące samochody
Nie chce spać by leżeć, nie chce spać za bardzo
Wstać, walczyć darzyć czas przyjaźnią
Bać sie, straszyć gonić świat jak parkour
Śmiać sie, bluźnić, zwiedzać park za darmo
Bez strat grosza, bez strat minut, bez strat zdrowia, bez pragnień
Bez nas o nas, nie ma czasu, posłuchać tego nie wpadnę
posłuchać tego nie wpadnę

Lombard czasu ma zamknięte drzwi
Jedynie przyspieszam, spowalniam, zmieniam rytm
Nie żegnam bądź zdrów, coraz częściej daj żyć
Nie chcesz dać nic innego? To lepiej daj żyć

Spokój z Nepalu, zmęczenie nie daje się we znaki
zwolniłem miasto #rush hour traffic
momenty dnia o smaku herbaty
poskładane w dziwne konglomeraty
Spłacam długi wobec siebie, kontroluje raty
rozłożone na lata w banku zapomnianych
jak żyjesz pytają mnie znajomi
powiedzieć o tej dręczącej monotonii
czy o tym, że się zmienia i nie wiem dokąd idę
spacerując po domu kolejną godzinę
brzmienie jazzu, rytm bicia
saksofon to transmisja na żywo z domu Milesa Davisa
mgła spowiła powieki, usta popijają sakke
dotyk szuka czystej szklanki jak saper
smak trawi łyk alkoholu robiąc ze mnie azjatę
chciałem zrobić sushi a siedzę na kanapie
Track Name: Przed lustrem
Nie mam wyrazu twarzy tylko sinusoidy mimiki
i szalone spojrzenie kiedy krzyczę choć to niemy krzyk
nie wchodzę od podwórka tylko od strony ulicy
przekręcam klucz, od tego momentu nie słyszę nic
para oczu w mieszkaniu nadal tworzy pustkę
dlatego ten wieczór spędzę przed lustrem
brak ochoty na jakikolwiek posiłek
zapalę, głód sam w płucach zginie
spokój w czterech ścianach tak wygląda wolny tybet
medytuje, bezruch, bez słów bez nie kwitnie
przyjdź do mnie, nie odejdziesz z kwitkiem
przyjdź do mnie, popatrzę na ciebie przez wizjer
zapomniałem podać numer mieszkania
chciałem żebyś jednak trochę mnie szukała
idź za echem pustych ścian, niepołączonych par
wezmę cię na nocny spacer przez park

obronię cię przed każdym złem, nawet samym sobą
jestem amuletem, podobny miał Frodo
tworzę promieniowanie radioaktywny jak Polon
moje otoczenie to ludzie z popromienną chorobą
przepraszam, nie mam pozytywnych wieści
przez ten rejon przepuściłem zapach śmierci
znaliśmy się ponoć od deski do deski
mieliście wracać gdy będę słaby i miękki
więc stałem się głazem, cieniem nad waszymi łóżkami
zawsze razem? Chyba was porwali
znacie mój wesoły śmiech? Ostatnio jest histeryczny
a usta wyglądają dość apatycznie
apetycznie, węch przyciąga aromat mięsa
spalone mosty i ciała pseudomieszczan
może jest jeszcze dla mnie nadzieja zapełnienia pomieszczeń
tylko, że w głowie sam siebie już nie mieszczę
Track Name: Nijak
Chcą ze mną pić, wiedzą kto nie odmawia
Pytanie czy trzymać pion bo pomału się rozpadam
Bez pośpiechu, równia pochyła
Jest byle jak, za rok będzie nijak
Ubrany w czerń jak w ciągłej żałobie,
jak się odnaleźć, głębokie wody
Źle się wiodę, ten tryb bywa drogi pod każdym względem
Miej na to wzgląd chcąc mnie w ciemno
Ciemność, studnia czy sedno, patyk czy berło
Nie odpoczywałem od wielu tygodni
Niedospany i głodny jak żul smród bywa podły
Alles klar? Tak, w kontekście zbrodni
Życiowe podejście przechodzi w wynaturzenie ideologiczne
Tragikomiczna fuzja jak Dalajlama i Hitler
Stoję na krawędzi, podasz mi rękę?
Sam nie skoczę, sam tez nie zejdę.

Nie polecam, starzeje się zamiast dorastać
Trójkąt bermudzki zawarty w trzech miastach
Spisuje treść w kodach i hasłach
Bezpośrednio i jasno, wygram, historia jest łatwa

Szukam pereł na dnie #die hard
Kiedyś myślałem że to dobre akcje #szwajcarski frank
Filozofia Schopenhauera nadal rozbija się o Kant
Nie ten sam cham zdań danych jako żartobliwy dar
Pomorza w sąsiedztwie, marzenie i tragedia
Płyniemy ze sztormem, na lądzie pusta tawerna
Zatopieni w kulcie pracy i talentu
Głupoty na barkach względem popędu
Minął czas by zatrzymać czarny pr
Litry wódki, litry piwa, sam już nie wiem co mnie trzyma
Pierworodny, wiem że musisz czuć wstyd za syna
Szukam woli, zbyt ostro wszedłem w wiraż
Witraż da kolory tęczy, dawno straciłem wiarę
Postaram się być mało konsekwentny, ukryty talent
Wyjść na powierzchnie czy tonąć w spirytusie
Mimo wszystko bliżej jest to pierwsze niż drugie

Nie polecam, starzeje się zamiast dorastać
Trójkąt bermudzki zawarty w trzech miastach
Spisuje treść w kodach i hasłach
Bezpośrednio i jasno, wygram, historia jest łatwa
Track Name: Zero
Błagam by posprzątać mój bałagan
Pedantycznie się staram zgrać wszystko jak wypada
Wariactwo, może nerwica natręctw
Gdy coś nie pasuje zakładam w głowie kastet
Znawca wolnej woli, odlot mam jak boeing
Pewnie trafię nigdzie jak nie trafię na olis
Nie zabij a dobij, nie jestem sam, spójrz, policz
Lód powstały z własnych paranoi
Wypluwam flegmę gestem pogardy
Lecz masz w sobie ponoć to czym się karmisz
Rozbijam się z klasą jak Aston Martin
Martini, perła, luksus bez marki

Zero, zero, zero brak linii życia
Teatr, sztuka, muzyka, grać by o tym pisać
Zero, zero, zero, zagłusz me wstrętne frazy
Wyskoczyłem w górę i zarwałem trampolinę, spadłem

Szukam celu, jestem snajperem bez lunety
Może wymiana? Spontaniczność za konkrety
Nawet gdy robię coś co jest niepoprawne
Muszę sprawdzić czy na pewno nie wpadnę
Kontrasty zachowań wyglądają, nie warto zerkać
Nie krzywdę przeważnie lecz gdy to robię wydzieram serca
Mam sobie za złe wiele, nie doceniam siebie
Wstrzymaj ten błąd póki nie trafisz ze mną pod glebę
Smutek, ponoć uwił się w brzmieniu
Respirator wskazuje aktualnie zero
Autodestrukcja, zginę przez obojętność
Nigdy jednak przez sznur i krzesło

Zero, zero, zero brak linii życia
Teatr, sztuka, muzyka, grać by o tym pisać
Zero, zero, zero, zagłusz me wstrętne frazy
Wyskoczyłem w górę i zarwałem trampolinę, spadłem

Zostanę tu nawet gdyby gdzie indziej było lepiej
Tożsamy z 21 południkiem
Jestem częścią choćby Nowy York miał bekę
Nawet czując wstyd za sławy i politykę
Gdzie indziej można być smutnym jesiennym człowiekiem
Tuwim i Gombrowicz zesłaliby mnie na stepy
Życiorys oparty na taktach
Jednostka gardząca ludźmi w maskach
Każdy ma co ukryć, negatyw odbity w brudzie
Nigdy nie byłem lepszy, sztywność zawarta w luzie
Brodzę po kostki w bagnie skacząc do gwiazd
Będę wielki lub zginę #ostatni raz
Track Name: Odyseja
Delikatne opary dymu między dźwiękami jazzu
Refleks w oknie odbija głos z radia
niepokój pewnie czeka tuż za miedzą
dokładniej za szybą pośród cierpkich słów miasta
brąz jest zapachem waniliowej cygaretki
siwy wonią sztormu, samotnych matek z dziećmi
dźwiękiem dialogów w niemych filmach, słyszysz ciche szepty?
Fruną przez kamienice w latach dwudziestych
Wolne Miasto Gdańsk zaślubiło z morzem jego
pływał w rejsach z ojcem od małego
szukał szczęścia w spienionych falach
mieszkanie pod piątką było jak zwykła grota w skałach
na lądzie nie szukał przygód, miał wszystkiego pod dostatkiem
kobiet, pieniędzy lecz na wodzie miał pasję
szukał punktu zaczepienia by mieć do czego wracać
zgubił się tysiąc razy by powiedzieć jej wracaj
drugi raz w życiu był pewny, jak gdy ujrzał morze
szczęśliwy wracał stając przed progiem
przenosząc ją przez niego rok później
wszystko było piękne, myślał by zostać
lecz nie wytrzymał i poszedł do portu
prosząc by go zabrać bo zżera go pustka
on zawieszony w dwóch równoległych światach
gdy w trzydziestym dziewiątym oba zaczęły płakać

Musiał ubrać marynarkę swą skromną osobą
czuł niechęć do miłości, wszystko pękło
zostawił dziecko, nie pokazał mu nawet statku
lecz nienarodzonym pokazać coś naprawdę ciężko
kontynent tonął w płaczu, tworząc serię nieszczęść
wyścielony ciałami, nikt nie miał ucieczki
nawet na Bałtyku tworzyły się mielizny
z wraków, z ciał, ze skóry zerwanej, blizny
miał każdy, miał również i on
nowy porządek, ciężko znaleźć dom
ona płakała, już siódmy miesiąc nie dostała informacji
gdzie jest, z kim jest, świat stał się płaski
zapukali do drzwi by ją ubrać w pidżamę w paski
zdążyła urodzić i zostawić dziecko u swej matki
wraz ze zdjęciami ojca zrobionymi zanim odpłynął
by poczuł miłość tego, który zaginął
on dryfował u wybrzeży marznąć bardziej z każdą godziną
trzymał się deski jak rozbitek Titanica, powoli ginął
nagle jednostajny ruch zamarł, ledwo widział na oczy
podniósł głowę, poczuł zbawienie, suchy ląd, krzyczał pomocy
brak odzewu, zaczął iść, wiedział tylko, że chce żyć
słabe tętno, cichy puls, wyglądał jak martwy
słońce nie przestaje tlić
za plecami słyszał słowa pogardy
(stój bo strzelam albo coś w tym klimacie, najlepiej z jakiegoś starego filmu)
Track Name: Koniec - wstęp
Poznałeś kiedyś uczucie bezsilności, moment gdy wiesz, że nie masz żadnego wyjścia? Jedyną perspektywą jest śmierć. Ciężkie przeżycie, przewija się w mojej głowie znienacka, gdy spaceruje lub siedzę przy stole spokojnie spoglądając w odległy punkt by skierować wzrok na klif bądź nadjeżdżający samochód. Czuje wtedy ten moment spadania, nie upadku, moment przed uderzeniem rozpędzonego tira, nie uderzenie. Jeśli tego nie znasz, nie próbuj poznać... możesz popełnić największy błąd w swoim życiu.
Track Name: Koniec
Kładziesz się na piasku w kształcie morskiego wiatru,
słyszysz tylko szum, słyszysz tylko (brak słów)
Ping-pong, ping-pong, wiesz co jest prawdą a co grą
lecisz, zaczynasz się unosić, wiesz teraz, że krew masz po kimś
teraz to na nic, wojny, dziecięce zabawy, nie widzisz różnic.
Wszystko takie samo, wszyscy tacy sami a ty sam w klatce pustki.
Pierwszy raz naprawdę nie masz wyjścia (nie boli)
zbierasz swoje życie jak zaliczasz zgony...
zmarnowane dni, zyskane noce,
motel nie hotel, masz ochotę odejść...
ciężar. Nie pozwala. Ciężar twojego ciała.
Liczysz tylko na wiarę. W 21 gramach.
Światło (DLACZEGO GO NIE WIDZISZ?)
masz wrażenie, że bóg z ciebie szydzi?
Masz wrażenie, że istnieje ten pierwszy raz
gdybyś mógł, krzyczałbyś do nieba CHAM!
Tracisz serce, ucieka pompowana krew,
tracisz tożsamość, to ponoć, XXI wiek
Globalna wieś z debetem drzew,
z debetem na koncie i nadmiarem łez...